Rozdrabniacz do gałęzi. Młynek ogrodowy

Rozdrabniacz do gałęzi? Młynek ogrodowy? Przez wiele lat każda wyprawa na wieś wiązała się z krótkim postojem w sklepie ogrodniczym, w którym kupowałem kilka worków kory ogrodniczej. Zależnie od miejsca zakupu ceny wahały się od kilku do kilkunastu złotych. Z czasem zauważyłem, że im lżejszy worek tym niższa cena. Droższe worki nie były wcale większe. Były za to cięższe. Kory było raczej tyle samo, tyle że ta droższa była… mokra 🙂 Hm.

Oczywiście korę wykorzystywałem do obsypywania golizn wokół drzew i krzewów, bo… tak jakoś było przez jakiś czas ładniej. Pewnej wiosny moim oczom ukazały się dorodne smardze. Byłem tak zaskoczony tymi narodzinami a zajęty pracą wokół domu, że zapomniałem o zrobieniu kilku choćby zdjęć. Skąd tu się wzięły smardze? Zanim dotarło do mnie, że musiały przywędrować wraz z wysypaną korą, po smardzach ślad zaginął. Najwidoczniej siły wystarczyło im na jeden sezon. Wraz z kolejnymi dostawami kory już nigdy smardzy nie dostrzegłem, choć każdej wiosny szukałem dość wnikliwie. Ot, taka ciekawostka.

Z pamiętnika młodego ogrodnika

Jak co roku wczesną wiosną i późną jesienią tnę krzewy, odcinam suche lub niechciane odrosty drzew, usuwam mocno zdrewniałe pędy niektórych bylin i kwiatów. Oczywiście te podwiędłe również. I jak co roku takich gałęziano-patykowych odpadów pojawiała się cała sterta. O ile na początku krzewy i drzewa były małe, o tyle po kilku latach brzozy czy modrzewie przerosły najpierw mnie a potem dom 🙂 Nie będę rozpisywał się, co z tym na różne sposoby robiłem, bo niektóre nie są godne naśladowania 🙂 Jednym z ostatnich sposobów było wykopanie kilku wielkich dołów (oczywiście na swoim terenie) i pogrzebanie tam tych nieco już spróchniałych i przegniłych odpadów. Taki akt desperacji 🙂 Oczywiście co grubsze gałęzie lądowały po roku w ogniu kominka ogrodowego, ale cały ten bałagan wkurzał mnie z roku na rok bardziej, więc stwierdziłem, że tak się dłużej nie da. W kominkach na wsi (jeden ogrodowy, drugi w domu) i tak od lat palę drewnem kupowanym w mieście jako opał do domowego pieco-kominka. Zwykle kilka worków na wieś przewożę już wiosną. Jest sezonowane i latem podczas wakacji mam ten problem i tam z głowy.

Proszę? Aaaa, nieeee 🙂 Dom z drewna, więc nie ma mowy o gromadzeniu w nim drewna z korą. Kupuję wałki brzozowe lub bukowe (trafi się świerkowy), ale są to wałki bezkorowe głównie drzew oczywiście liściastych. Czyste, równe, suche, bez owadzich gości w środku 🙂 Kilka worków załatwia sprawę ogrzania domku w chłodne dni w czasie wakacji. Zwykle zostaje trochę po sezonie. Dowieźć kolejną partię, jeśli w rozpędzie letniego kominkowania cokolwiek zabraknie, można w dowolnym czasie. Na potrzeby palenia w kominku ogrodowym zawsze coś się znajdzie na miejscu, ale i tak przywożę zapas z miasta lub kupuję trochę drewna niskiej jakości (kaloryczności) u miejscowego dostawcy. I takie drewno na wsi oczywiście trzymam pod przykryciem poza domem.

Wszelako problem ścinanych gałęzi trzeba było rozwiązać. Kupowana kora znikała pośród kopczyków szalonego kreta. Co roku – jak już wspomniałem – worki kory cięższe i droższe… No i co tu zrobić? Chodzić do lasu i zbierać korę? Eeee, tam. Nie wolno. Wszystko co w lesie należy do… lasu. Dokładnie rzeczy ujmując należy do właściciela lasu. W moim przypadku do Lasów Państwowych. Kraść nie będę.

Tartak? Fakt, że miałem taki pomysł. Razu pewnego zagadałem do znajomego, który ma tartak i zajmuje się obróbką drewna. Widząc hałdy wiórów, zrębków i trocin, zapytałem grzecznie, czy dałoby się co jakiś czas kupić kilka worków tych odpadów? Na oko przyjezdnego wyglądały jak zawalidroga, zbytek, odpad, śmieci… Dowiedziałem się, że dla kilku worków nikt tu kłopotu sobie robił nie będzie. Wszystko sprzedane. Hm. Porażka.

Innym razem będąc i znajomego, który ma suszarnię drewna i warsztat stolarski, też zauważyłem, że wszelkie odpady z obróbki drewna lądują gdzieś na hałdzie za warsztatem. Trociny, zrębki… No, takie ładne… Również zagadałem, czy może uda mi się z marszu kilka worków kupić. Niestety. Dowiedziałem się, że wszystko już zamówione i zapłacone. – Chłopie, ludzie okoliczni tym w piecach palą – oznajmił. Każdą ilość biorą – dodał. Czyli – pomyślałem – albo powrót do kory, albo… kolejny wydatek 🙂

Tu muszę wyjaśnić, że od dawna wiedziałem, że są sprytne urządzenia, które kłopot z odpadami po cięciu drzew i krzewów w ogrodzie rozwiązują trwale. Ale, jak to najczęściej bywa, póki się nie zasmakuje wygody…

Stanęło na tym, że wreszcie powziąłem odważną decyzję. Poszperałem. Poczytałem. Odwiedziłem kolegę, który od lat podpowiadał mi, że on ten problemu już dawno rozwiązał. Fakt, że jego maszyna miała już swoje lata, ale i tak sprawdziłem, co nią nadal można osiągnąć. Hałas pracującego urządzenia nie przypadł mi do gustu, jednakże efekt pracy urządzeniem dawał do myślenia.

Rozdrabniacz… kłopotów

Z powodu zastosowania dwóch różnych mechanizmów tnących, spotykamy głównie dwa rodzaje rozdrabniaczy ogrodowych. Na rynku występują rozdrabniacze nożowe oraz rozdrabniacze frezowe. Te do użytku – nazwijmy to – ogrodowego, przydomowego mają napęd elektryczny. Rodzaj zastosowanego w rozdrabniaczu mechanizmu tnącego nie ma żadnego wpływu na przeznaczenie urządzenia. W obu przypadkach rozdrabniacz, jak sama nazwa wskazuje, służyć ma do rozdrabniania gałęzi oraz ew. innych odpadów ogrodowych (jakkolwiek nie wszystkich, nie w każdej postaci). Mechanizm tnący decyduje o tym, że maszyna pracuje głośno lub w miarę cicho. Kolegi rębarka wyposażona była w noże. Dlatego dźwięk dochodzący do moich uszu podczas pracy nieco mnie zniechęcił. Niby na wsi różne dźwięki się rozchodzą, gdy ten i ów coś robi przy obejściu, ale pomyślałem, że przecież nie kupię tylko po to, aby na wieś wozić i tylko tam pracować. Co prawda noże powodują, że można rozdrabniać nie tylko gałęzie, ale w końcu rozdrabniacz to rozdrabniacz – i frezowy musi spełniać zamysł konstruktora oraz pokładane w nim nadzieje użytkownika. Kupiłem frezowy.

Młynek… w głowie

Kupiłem i… natychmiast się zniechęciłem. Pierwsze ścięte naprędce gałęzie wypadły z młynka tylko nieco połamane, tworząc długi łańcuszek kawałków drewna połączony niedociętym włóknem świeżej skóry. Kolejne partie wkładanych gałęzi nie pojawiły się w koszu, bo… utkwiły w gardzieli obudowy, która fabrycznie wyposażona była w kratkę usytuowaną u dołu wylotu zrębin. Ot, takie utrudnienie, gdyby ktoś podczas pracy urządzenia chciał od dołu coś tam grzebać ręką. Przepraszam. Zabezpieczenie a nie… utrudnienie 🙂 Niby rozsądne, ale… nijak praktyczne.

Wziąłem do testowania kawał świeżo ściętej gałęzi modrzewia. Efekt? Jeszcze gorzej. Gardziel zapchała się w kilka sekund. Wyłączyłem. Kilka chwil na wydłubywanie igieł, szyszek i resztek połamanej gałęzi…  Zaraz mnie trafi – pomyślałem. Co za debil zamontował tam to zabezpieczenie? Przecież nie da się tym nic rozdrabniać, bo co chwilę się zapycha – walczyłem w myślach. Psia jego… młynek…

W odruchu rozsądku pomyślałem jednak, że przecież nie jestem pierwszym, który nabył to dzieło ludzkiej myśli technicznej. Coś muszę robić nie tak. Niestety, w mieście nie miałem wielkiego wyboru materiału do rozdrabniania, więc zakończyłem wstępne testowanie na mocnym postanowieniu, że albo na wsi rozgryzę potwora, albo kurier i cofka do sprzedawcy. Nooo, trochę dni minęło zanim wybrałem się na wieś.

Myślenie ma przyszłość

Obiegowe? Zgoda. Podczas kolejnej w onym roku jesiennej wizyty na wsi najpierw zabrałem się do ścinania gałęzi i gałązek. Potwora tymczasem tylko podłączyłem do prądu, przygotowałem kolebę ogrodniczą i średnią kastę budowlaną, którą uprzednio kupiłem, bo wydawała mi się najodpowiedniejsza do zbierania drobnicy z młynka. To już trzecia kasta w kolekcji 🙂

Tak więc po dwóch godzinach pracy uzbierałem całkiem pokaźną ilość gałęzi i gałązek. A że dzień krótki to czas mnie gonił. Chwila prawdy. Zgodnie z zaleceniem producenta wyregulowałem docisk stalowego frezu tnącego. Dało się zauważyć, że prawidłowy, ponieważ do kasty posypały się drobne płatki płytki dociskowej (aluminiowej). Włożyłem pierwszą gałąź i… do kasty posypały się ładne równe kawałeczki  drewienka. No, proszę! Działa! Włożyłem kolejną partię materiału do rozdrobnienia (już nawet kilka gałązek, pęk spory) i efekt taki sam. Pracowałem dalej. Kasta dość szybko się zapełniła materiałem.

W przerwie dotarło do mnie, że to jest rozdrabniacz do gałęzi, które przecież prawidłowo ścinamy wczesną wiosną, gdy jeszcze listków nie ma lub późną jesienią, gdy wspomniane już opadną. Brak liści na rozdrabnianych gałęziach powoduje, że młynek się nie zapycha. Co prawda ta nieszczęsna kratka i tak nie dawała mi spokoju, ale… o tym za chwilę. Druga sprawa, to odpowiednia regulacja mechanizmu tnącego. Frez tak naprawdę nie tnie. Frez tylko podcina gałąź. Ponieważ podcięta gałąź, wraz z ruchem ostrzy freza, wciągana jest w szczelinę między nim a płytką dociskową, jeśli to gałąź twarda, łamliwa lub sucha, rozdrabniacz radzi sobie z nią doskonale i do kosza lądują połamane kawałki. Wszelkie odpady ogrodnicze miękkie rozdrabniacz frezowy raczej nie pokawałkuje. Tak więc ma zastosowanie głównie do gałęzi bezlistnych i najlepiej suchych (np. zeszłorocznych). Jakkolwiek świeżo ścięte gałęzie brzozy (bez liści) również pociął w ładne równe koreczki. I modrzew nie był problemem, gdy na wsi ścinałem gałęzie już po opadnięciu igliwia. I tu jest cała zagadka, dlaczego pierwsza próba tak mnie zniechęciła.

Rozdrabniacz do gałęzi. Młynek ogrodowy

Od kilku sezonów pracuję rozdrabniaczem i… No, właśnie. Na własną odpowiedzialność, już pod koniec okresu gwarancyjnego, po prostu wyciąłem tę plastikową kratkę zainstalowaną fabrycznie w gardzieli odprowadzającej pocięty materiał do kosza. I problem zapychania się przestał istnieć, nawet gdy rozdrabniam gałęzie mniej łamliwe, na których włókno skóry młodych gałązek nie pozwala rozerwać materiału na oczekiwane kawałki. Jestem bardzo zadowolony z efektów pracy tym urządzeniem. Strzał w dziesiątkę.

Jeśli ktoś ma inne oczekiwania, powinien przetestować rozdrabniacz nożowy. Jakkolwiek z góry uprzedzam, że nie da się nim siekać zwiędłych łodyg bylin itp. Co prawda noże powinny ciąć. Frez tylko rwie, podcina, zgniata, łamie. Odpady miękkie powinny lądować w kompostowniku. Z moich doświadczeń wynika, że tego typu maszynki mogą z powodzeniem i ku zadowoleniu ogrodnika służyć do rozdrabniania materiału bezlistnego, łamliwego, najlepiej nieco choć suchego, nawet tego drobnego o średnicy ołówka. Oczywiście maksymalna średnica zrębkowanego materiału nie powinna przekraczać tej dopuszczalnej przez producenta, jakkolwiek w tzw. praniu i tak każdy zrozumie, że to, iż gałąź mieści się w otworze, i tak nie gwarantuje, że maszyna sobie z nim poradzi. Sęki, rozwidlenia, epizodycznie występujące twardziny w dowolnej gałęzi i… stop. Na szczęście jest automatyczny wyłącznik przeciążeniowy. Trzeba jedynie popróbować z biegiem wstecznym lub kluczem zwolnić docisk płytki, uwolnić zakleszczoną gałąź, po czym znów wyregulować i kontynuować pracę.

Przy właściwym stosowaniu rozdrabniacz do gałęzi będzie sprawował się doskonale. Praca rozdrabniaczem będzie przyjemna nawet dla Pań 🙂 Pod warunkiem, ze uprzednio Pan przygotuje materiał do zrębkowania 🙂 Pan silny, więc sekatorek w jego ręku to prawidłowe rozdanie 🙂

Co z tymi zrębinami robić? Zamiast kory stosować. W kominku rozpalać lub palić (po przesuszeniu). Do wędzarni się nadają doskonale! Oczywiście mowa o drewnie owocowym i liściastym. I zalegające gdzieś „po kątach” gałęzie znikną. Nie trzeba wywozić, zakopywać, palić na stertach i doprowadzać sąsiadów do szału… Oszczędność. Wygoda. Pożytek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *