Schab dojrzewający. Prosty sposób przygotowania wędliny w domu

Ziemia w oponkę a schab… w pończoszkę – tak to jakoś skojarzyłem. Ta „ziemia w oponkę” przypomina mi się zawsze, ilekroć widzę starannie wygrabione grządki w jakimś przydomowym ogródku, w którym wiosną, pośród licznych a przypadkowych rzędów świeżo nasadzonych bratków, szczerzą zęby osławione kolorowe krasnale. Zużyte opony tu i ówdzie nadal mają wzięcie jako trwały materiał do szybkiej budowy przydomowych klombików. Duża oponka to i duży klombik z burzą kolorowych bratków. Oczywiście oponka na biało, aby jakoś się odróżniała od reszty szarego, bo wygrabionego a pozbawionego trawy terenu. A może na biało, bo ma być że niby świeżo? A może nocą lepiej widać? Kto to teraz rozstrzygnie? Miało być o schabie dojrzewającym.

Ziemia w oponkę a schab… w pończoszkę.

Rzecz nie w tym, że się tylko naigrywam z socjalistycznego „dizajnerstwa”. Pamiętam z dzieciństwa plac przed SKR-em i podobny przed GS-em przyozdobione klombikami z opon traktorowych. Krawężniki okalające plac pomalowane były również na biało. Kamienie też. Oczywiście klombik wysadzony bratkami, które tworzyły napis mówiący o zbliżającym się ważnym dniu po ostatnim dniu kwietnia. Wiosna wręcz krzyczała z tych klombów. Ba! Nie tylko wiosna. Te klombiki – w mojej ocenie – to był swoisty manifest socjalistycznej oszczędności. Nic się nie marnowało. Nawet zużyta opona miała swoje drugie życie. Lepsze życie. Przepracowała co trzeba i mogła odpocząć. I ten ważny komunikat w subtelny sposób wysyłano społeczeństwu. Tyle że wówczas umęczone społeczeństwo miało ochotę raczej opony palić niż sadzić w nich kwiatki. W piecu palić? Nie wiem. Piece były.

Jak zwykle odbiegłem od tematu. Dodam tylko, że ostatni raz „palono opony”, gdy byłem już na studiach. Dym? Oj, cóż? O ekologii mało kto wówczas myślał i mówił. Wszyscy myśleliśmy głównie o polityce i ekonomii. Takie były czasy 🙂 Był dym. Był. Na szczęście nie było ognia.

Wiejskie klimaty

Parę lat temu jadąc rowerem przez wieś zauważyłem, że omal we wszystkich ogrodach pojawiły się jakieś zmyślne kukły, strachy i inne twory radosnej twórczości wiejskiej. Inicjatorką była Pani Sołtys, która chciała ożywić sady i ogrody przy domostwach. A wieś rozciąga się malowniczo po obu stronach nowiuteńkiej drogi asfaltowej. Ładna. Zadbana. Wieś. O drodze już wspomniałem, że nowa. Na krótkim odcinku poprzecinana 4 ogranicznikami (poprzecznymi progami zwalniającymi zwanymi chyba szykanami), na które wszyscy we wsi zgodnie psioczą. Ale w pobliżu mieszka Sekretarz Gminy. Każdy musi zwolnić. A jak już miejscowy zwolni to lecą szykany pod adresem urzędnika… Chyba o to mu chodziło. Sprawdzian nastrojów społecznych.

Lubię przejażdżki rowerem latem w tamtej okolicy, bo jest piękna. Rowerem szykany można ominąć bez ograniczania zawrotnej prędkości. Pomysł z kukłami i strachami nawet mi się spodobał. Fajne te kolorowe strachy. Przy niektórych musiano się nieźle napracować, bo z pomysłem a i starannie wykonane. Naprawdę ładne.

Wiejskie ptaki

W pewnym ogrodzie ktoś wystawił podobiznę ptaka.  No takiego całkiem zmyślnie powycinanego z dwóch opon samochodowych. Coś pięknego! Zatrzymałem się i zagadałem do gospodarza, który przechadzał się akurat po ogrodzie:
– No, Sąsiedzie, jaki piękny łabędź Panu wyszedł z tych dwóch opon samochodowych – pokiwałem z podziwem głową.
– Toż to nie łabędź! – oburzył się rozmówca.
– Nie? – zdziwiłem się. – Przecież jako żywo! – upierałem się przy swojej wersji.
– E, nieeee, paaaanie, teraz to tak może i wygląda, ale jakem go wiosną zrobił, no bo ten konkurs był z tymi kukłami, to wszyscy przyznawali, że pięknego orła żem wymyślił – pokiwał głową wiejski artysta, obchodząc swoje dzieło dookoła.
– Co Pan powie? – wcale nie musiałem udawać zdziwienia.
– Nooooo, mówię Panu – kontynuował autor przecudnego dzieła. – Ale w czerwcu, jak przyszły te pieruńskie upały, to guma się rozgrzała i mu skrzydła jakoś tak oklapły, no i sam pan teraz widzi… – wskazał otwartą dłonią na ptaka.
– No widzę, ale orzeł a bez korony? – zdziwiłem się.
– Bez korony, bez korony… – sięgnął do kieszeni po papierosa. – Zaraz tam bez korony – dodał mamrocząc pod nosem. – Korona była, panie, jak pozłacana, ale ktoś mu ją od razu zwędził, bom wyciął z blachy miedzianej, no i pieruny, złomiarze, widzisz pan, płot niski… – machnął ręką w geście rezygnacji.
– Nic to! – starałem się pocieszyć artystę wskakując na rower. – I tak pewnie Pani Sołtys z podziwem patrzyła na Pana ptaka, bo wszędzie widzę tylko kukły w ogrodach – starałem się zakończyć rozmowę z uśmiechem.
– Oooo, to, to, to! – ożywił się artysta na koniec. – Bo, Panie, jakbym to ja był tu sołtysem… – pokazał palcem ogranicznik na jezdni i zaczął gasić papierosa.
Uuuuu, szykany – pomyślałem. Przeczuwając jakiś polityczny wywód, pożegnałem się grzecznie acz szybko. Niestety, przy tematach politycznych tracę poczucie humoru a przy niskim płocie lepiej nie ryzykować. Na wsi informacje rozchodzą się szybko bez udziału facebooka i zwykle nikt nie dodaje, że ktoś mówiąc coś żartował.

Ale miało być o schabie. Już. Schab dojrzewający kojarzy mi się z wiejskimi klimatami. Swojskie wędliny… Podwędzane… W wędzarni? Może i w wędzarni. Ale ongiś bywało, że chłopską wędzarnią była stara szafa, która ostała się na strychu (albo stara skrzynia podróżna). Sprytny gospodarz podłączał ją do przewodu kominowego i tak tam wędził to i owo. A kto miał mu zabronić? Współcześnie nie do pomyślenia. I nikomu nie radzę eksperymentować. Wędzić? Tak. Ale nie w szafie na strychu 🙂

Schab dojrzewający w ziołach i… w pończosze

Brzmi zachęcająco? Dla mnie bomba. Bomba z 7-dniowym zapłonem. Ale po kolei.

W każdym mięsnym można to kupić, ale my chcemy sami przygotować pyszny schab dojrzewający w ziołach, który swym smakiem powali naszych gości. Do mięsnego i tak pójść musimy, bo musimy kupić ładny kawałek świeżego schabu bez kości. Najlepiej jakieś 1,5-2kg świeżego mięsa schabowego. Tak. Kilogram też może być. Może nawet wystarczy, bo to i tak będzie sporo. Kotlety schabowe najsmaczniejsze są, gdy kawałki mięsa mają kość. Tu jednak potrzebujemy jeden cały kawał mięsa schabowego pozbawionego kości, bo go później będziemy jeść z apetytem odcinając cienkie plastry nożem. Jeśli mamy jakieś obawy, to najlepiej kupić mniejszy kawałek. Możemy uznać, że kilogramowy schab to właśnie mniejszy kawałek.

Oprócz kawałka schabu musimy przygotować sobie znaną i sobie ulubioną mieszankę ziół. W ziołach tych na koniec wyturlamy ów kawał schabu i to one dodadzą smaku i aromatu. Urody też dodadzą.

schab dojrzewający

Schab w mięsnym wybrać ładniejszy 🙂

Schab w pończosze czy z pończochy?

Bez znaczenia. Wcześniej mięso musimy odpowiednio przygotować. W tym celu na początek potrzebujemy 1/3 szklanki cukru (jeśli schabu kilogram). Starannie osypane cukrem mięso układamy w jakimś głębokim naczyniu i odstawiamy do lodówki na 24 godziny. Cukier wstępnie wydobędzie z mięsa zbędne soki. Po 24 godzinach pobytu schabu w lodówce, soki te spłyną obficie do naczynia. Płyn wylać oczywiście. Schab należy opłukać pod bieżącą wodą, czyli musimy zmyć resztki cukru lub tego co z cukru pozostało na powierzchni mięsa. Opłukane mięsiwo osuszyć ręczniczkiem. Kolejnym działaniem będzie taka sama czynność z udziałem soli. Czyli znów mięso obsypujemy solą. Starannie. Całe. Soli ilość podobna, jakkolwiek w obu przypadkach użyć tyle, ile będzie potrzeba do pokrycia całej powierzchni mięsa. Może się okazać, że 2-kilogramowy schab wymagał będzie pół szklanki cukru i tyleż soli. O tym najlepiej przekonamy się sami. Sól morska? Tak. Jakkolwiek i zwykła sól kuchenna też może być, bo przecież jest to sól spożywcza. Ongiś na wsi była tylko najzwyklejsza sól i najzwyklejszy cukier. I wszyscy czuli się szczęśliwi, jeśli te najzwyklejsze produkty były dostępne i mieli ich zapas.

Tak przygotowane mięso ułożone w głębokim naczyniu wkładamy do lodówki na kolejne 24 godziny. Sól też wydobędzie z mięsa zbędne soki, przy okazji doda smaku, ale też i nieco zakonserwuje preparowany schabik.

7 dni i 7 nocy

Dwa nieskomplikowane zabiegi. No i dwa dni z przewidywanych dni siedmiu.

Po dwóch dniach prostych zabiegów mamy kawał schabu, który najpierw dobę leżakował w cukrze a potem kolejną dobę – w soli. Oczywiście po tej solnej zasypce schab też należy starannie opłukać. Przed dalszymi zabiegami należy osuszyć go np. papierowym ręczniczkiem.

Gdy mięso czeka na dalszy przebieg wydarzeń wyszukujemy pośród posiadanych przypraw te, które najlepiej nam smakują lub – jako że jesteśmy odważni – eksperymentujemy, np. tworząc jakiś nowy bukiet smakowo-zapachowy. Można przygotować mieszankę np. z papryki słodkiej, majeranku, czosnku i pieprzu czarnego. Wrzucić przyprawy do moździerza i całość ugnieść. Posypkę przygotować w ilości takiej, aby wystarczyła na całkowite pokrycie mięsa. Zatem lepiej więcej niż za mało.

Starannie wcieramy, wklepujemy wręcz w schab to, cośmy sobie wymyślili i przygotowali. Schab całkowicie otulony przyprawami znów odstawiamy na chwilę do lodówki i… udajemy się do sypialni. Po co? Po damską pończoszkę! 😀

Koronkowa robota

Przygotowany schab delikatnie wkładamy do zwędzonej ukradkiem z sypialni pończoszki. Okej. Może być damska podkolanówka. Tak. To ta, która też ma swoje dowcipne nazwy. Zawiązujemy supeł, odcinamy co zbędne i wieszamy gdzieś w kuchni. Schab będzie dojrzewał w temperaturze pokojowej (19-20 st. C) w przewiewnym miejscu kolejne 5 dni. Czyli do pierwszego spożycia powinien się nadawać po 7 dniach od wizyty w mięsnym. Gotowy choć nadal dojrzewający spożyć w miarę szybko, bo pozostawiony w tych samych warunkach będzie po prostu usychał. Powiesić na piecu? No, niby też można, ale pod warunkiem, że piec nie jest już tak gorący. Ale pięć dni? Mięso ma dojrzewać powoli a zimą palimy w piecu ciągle. Kafle są bardzo gorące. Na piecu? Nie.

Wystarczy powiesić gdzieś w kuchni albo w spiżarce. Zimą można powiesić gdzieś blisko pieca albo na kaloryferze. Moje koty nie wykazują zainteresowania wiszącym w pończosze obiektem, mimo że np. kocica lubi sprawdzić czy w garnku zimnej zupy ostała się jakaś wkładka. Mam w niej przebiegłą konkurentkę, więc już nie zostawiamy garnka zupy bez przykrycia.

Tak więc kupujemy schab w sobotę rano. Przez weekend leżakujemy go najpierw w cukrze a potem soli. W poniedziałek otulony przyprawami i pończochą zawieszamy w kuchni, aby kilka dni dojrzewał. W najbliższy weekend będziemy mogli go spałaszować w całości. Znakomita niespodzianka na biesiadny stół. Biesiada w ogrodzie? Przy ognisku w ogrodowym kominku? Koniecznie. Dojrzały schab przechowywać w lodówce.

Do wiejskich klimatów jeszcze wrócę. Wielofunkcyjność też jest ciekawym tematem, który mi się przypomniał przy okazji chłopskiego sposobu wędzenia w szafie na strychu. O tym też później.

Smacznego!

3 thoughts on “Schab dojrzewający. Prosty sposób przygotowania wędliny w domu

  • 2017-09-30 at 15:06
    Permalink

    No w końcu muszę się odważyć zrobić taki schab. Jadłam u rodzinki jakieś 2 lata temu i ciągle mam obawy, że mięso się zepsuje i tyle tego będzie. Podobnie jak z biszkoptem rzucanym o podłogę, boję się i już. Do odważnych świat należy… Pozdrawiam.

    Reply
    • 2017-10-02 at 23:57
      Permalink

      Pani Jolu. Nic się zepsuć tu nie może. Proszę spróbować z małą porcją schabu. Schab dojrzewający to jeden z najprostszych sposobów na domowe wyroby mięsne. Pyszne.
      Z tym biszkoptem rzucanym o podłogę to – zdaje się – nie jest tak dosłownie. To tak samo, jak to wypalanie kociołka żeliwnego, które nie polega na dosłownym wypaleniu go w ogniu. Nie jestem znawcą wypieków. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek upiekł jakieś ciasto. Jako konsument też niczym pochwalić się nie mogę. No, może makowiec i sernik na zimno od święta skusi. 🙂
      Wiem jednak, że istnieje rozpowszechniony (zwłaszcza w internecie) sposób na opadanie ciasta biszkoptowego. Polega on na świadomym upuszczeniu ciepłego jeszcze ciasta (takiego w foremce, wprost z piekarnika) z nieznacznej wysokości na uprzednio wymoszczone podłoże. Ów wstrząs pozbawić ma ciasto nadmiaru pęcherzyków powietrza bez trwałego pomniejszenia objętości. Czy tak jest w istocie? Nie wiem. Ciepłe ciasto biszkoptowe – jak mniemam – posiada określoną sprężystość i – prawdopodobnie – chodzi o wykorzystanie tego stanu. Nigdy jednak nie spotkałem się z jakimś obszernym a sensownym wyjaśnieniem owej metody. Przepisów na „biszkopt rzucany” w internecie zaś cała masa. Większość wydaje się być powielana bezrefleksyjnie. Nawet teksty są podobne. Podejrzewam, że autorzy przepisów nigdy nie wyjmowali biszkoptu z piekarnika, ani nie rzucali nim o podłogę. 🙂
      Moja Mama piekła biszkopty, ale nie przypominam sobie, aby rzucała nimi o podłogę. Żona wsparcia mi nie udzieliła, albowiem biszkoptami też nie rzuca. 😀
      Nic tylko upiec dwa biszkopty z jednego ciasta. Jeden zabezpieczyć przed opadaniem owym upuszczeniem (np. na stół). Wyjaśni się, czy oba będą udane, czy tylko ten upuszczony. 🙂
      A jak zabezpieczyć biszkopt, aby nie opadł już w piekarniku? 😀 Pozdrawiam serdecznie.

      Reply
  • 2017-06-11 at 19:53
    Permalink

    Super, musze koniecznie sprobowac.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Więcej w Smaki, kulinaria
szynka po chlopsku
Szynka po chłopsku. Szynka spod strzechy

Zachwycamy się wędlinami lub innymi wyrobami z mięsa (choć nie...

Domowe ogórki kiszone. Małosolne z garnka glinianego

Ogórki do kiszenia w słoikach należy wybierać najlepiej te o...

Zamknij